RSSRSS

V Rajd Weteranów Szos Po Ziemi Mogileńskiej

napisał/a: Karol Boński - Czwartek, 1 Maja 2008

Od wczesnej jesieni 2007 roku, odkąd stałem się posiadaczem brązowego dużego fiata za główny cel postawiłem sobie, że pod koniec kwietnia dojadę do Mogilna. Ba, nawet wezmę udział w rajdzie i wrócę nim o własnych siłach. Prace szły powoli, a wiosna coraz bliżej. Fiat był przy tym wyjątkowo wredny. Na początku kwietnia postanowił, że przepali przewody paliwowe, potem zablokuje hamulce, spali sprzęgło. Przy tym „zerwał się” mechanizm zewnętrzny zmiany biegów. Kilka dni pracy i wszystko już było sprawne. Szczyt złośliwości okazał na dwa dni przed wyjazdem. Nie pozwolił zabrać się do pana od gaźnika i w połowie drogi zablokował hamulce. Cudem udało mi się nim wrócić do domu na całkowicie zablokowanych tarczach, po czym rozebrałem ponownie cały układ hamulcowy i powymieniałem co się dało. Czwartek wieczorem wszystko poskładałem do kupy i, ku trwodze mojej załogi postanowiłem: „Jedziemy! Tym…jedziemy”.


Z Wołomina wyjechaliśmy przed 16 w piątek 25 kwietnia. 200 metrów za bramą wyjazdową otworzyła się klapa bagażnika. Okazało się, że zabraliśmy za dużo gratów na drogę i zamek w klapie tego nie wytrzymał. Metrowy kawałek sznurka załatwił sprawę. Od Nieporętu kontynuowaliśmy podróż z szarą syreną 104. Pasek postępu pokazywał prawie 80 km/h, a my majestatycznie mknęliśmy na zachód.


Około 22.30 byliśmy w bazie rajdu w Bielicach. Szybka rejestracja i dostaliśmy przydział noclegowy do pracowni historii. Hm…tyle lat uczęszczało się do szkół różnych ale nigdy nie spało się w sali lekcyjnej. A dalej już spotkania ze starymi znajomymi, nawiązywanie nowych znajomości, trochę piwa…

W sobotę pobudka o 7.00, śniadanie i szybka odprawa. Nasz 34 letni PF125p otrzymał numer 30 i o 10.30 ruszyliśmy na trasę rajdu. Już po kilku kilometrach dziurawa asfaltówka zamieniła się w jeszcze bardziej dziurą asfaltówkę wijącą się pośród lasu. Ciągnąc się slalomem między kraterami dojechaliśmy do pierwszego punktu kontrolnego. Dalej trasa rajdu wiodła przez niewielkie miejscowości, gdzie cały czas widać niemiecki porządek, szczególnie w zabudowie. Jadąc w kierunku Pakości widzieliśmy ciągnące się aż po horyzont uprawy rzepaku…ach….przypomniały mi się czasy mercedesa w123 z silnikiem diesla… Zaczęły się też pierwsze próby sprawnościowe. Za XIX w-wiecznym budynkiem szkoły należało przejechać slalomem trzymając w rękach kierownicę do której przymocowany był widelec z kołem od roweru Wigry 3. Kilka kilometrów dalej było zakładania węża strażackiego na czas. Stopniowo kierowaliśmy się w stronę Mogilna, gdzie czekały dwie próby sprawnościowe. Na pierwszej sprawdzano zręczność kierowców. W tym celu organizatorzy ustawili obok siebie w odległości kilkunastu centymetrów dwa słupki. Należało tak przejechać (bez zatrzymywania), aby dotknąć tylko pierwszy słupek, nie dotykając drugiego. Po najechaniu na słupek przodem samochodu należało wrzucić wsteczny bieg i tak samo zrobić ze słupkiem umieszczonym z tyłu. Kilka kilometrów dalej, na mogileńskim stadionie była już klasyczna jazda między pachołkami na czas. Kilometrów przybywało, a mrugająca czerwona lampka rezerwy paliwa coraz bardziej niepokoiła. Przy wyjeździe z Mogilna szybkie tankowanie, a kilka kilometrów dalej upragniony obiad w Kwieciszewie. Przed wjazdem jak zawsze stoi Barkas Framo z silnikiem Wartburga, podobno nawet na chodzie. Trochę niedogotowane kiełbasy zepsuły mi wieczorną część spotkania.

Godzina wytchnienia i jedziemy znów do Mogilna. Zostawiamy samochód i od organizatorów dostajemy itinerer pieszy. Ruszamy „na piechotę” przez mogileński park, wychodzimy koło klasztoru i idziemy przez centrum miasta, po drodze odnajdując zamieszczone na itinererze zdjęcia. Następnie znów wsiadamy do dużego fiata i mkniemy do muzeum ziemi mogileńskiej, gdzie rozwiązujemy test wiedzy o Mogilnie. To była już ostania próba, na jaką poddane zostały załogi. Wracamy do bazy w Bielicach świeżo remontowaną (a może wybudowaną drogą) gdzie pasek postępu pokazał nawet 110 km/h.

W Bielicach obiad, ognisko i nocne Polaków rozmowy przy ich wspaniałych maszynach…
I nastaje taki czas kiedy wszystko się kończy… w niedzielę opuszczamy bazę rajdu i prawie wszyscy kolumną pod przewodnictwem jelcza ogórka ruszamy na stadion w Mogilnie, gdzie miejsce miał konkurs elegancji, ogłoszenie wyników oraz, rozkręcony, chyba na szybko został konkurs brzydoty pojazdowej. Zainteresowani mogli też obejrzeć pokaz sprawności antyterrorystów. Około godziny 14 ruszamy kolumną w drogę powrotną do domu, gdzie docieramy 21. Mój Polski Fiat 125p z 1974 roku pokonał całkowicie bezawaryjnie (jeśli nie liczyć zamka klapy bagażnika) przez te 3 dni 710 kilometrów, spalając średnio 8-8,5 l/100 km.

Jestem pod wrażeniem całej imprezy, całego rajdu i całej organizacji. Zastanawiam się tylko, co w niedzielę na stadionie robiły współczesne motocykle i odziani w skórzane kombinezony właścicieli, którzy niemiłosiernie rozkręcali obroty silników. Jeśli nic się złego nie wydarzy ponownie zawitam do Mogilna... już tylko za rok!!!


Karol Boński,
fot. autor


poprzednia | strona 1 / 1 | następna

Galeria